środa, 6 lipca 2016

Łapię chwile ulotne jak ulotka Ulotne chwile łapię jak fotka...

Paktofonika wybiorczo…

Życie jem jak Milkę bowiem wiem, że jestem lśnieniem
I oka mgnieniem, że będę wspomnieniem
Za pozwoleniem, sprawdź to
Zanim schowasz dzień pod powiekami
Powiedz co z Twoimi niepozałatwianymi sprawami
Czasami wręcz zasysam otoczenie moimi receptorami
Zachwycam się chwilami jak dobrymi produkcjami



Odbierzcie dzisiejszy dzień jak podarunek
Cieszcie się i obierzcie na jutro kierunek



Łapię chwile ulotne jak ulotka
Ulotne chwile łapię jak fotka

Chwile ulotne chwytam jak sygnał satelita
I ta różnica - nie krążę po orbitach
Lecz twardo stąpam po chodnikach
Chcę żyć aktywnie nim wyciągnę kopyta
Jest pewna dewiza, którą znam: Carpe diem
Ma pamięć zawodna jak prognoza, to skleroza
Poza tym istnieje sprawnych komórek doza
Chwile przychodzą tam jak koza do woza
Raz łapię chwile - te słodziutkie choć krótkie
Innym razem te bezpowrotne i ulotne...
Tak, te bezpowrotne i ulotne. Sprawdź to!

….

Wybralismy sie wczoraj z starszym M na szybkie zakupy warzywno-owocowe. Na dzielni mamy taki warzywniak pelen pachnacych swiezych warzyw i owocow, potocznie przez nas zwany - "U Chinczyka". Male M tez sie chcialo zabrac, ale poleciala do kolezanki wiec ostatecznie na zakupy sie z nami nie zabrala. U Chinczyka zawsze mozna znalezc cos dobrego. I tym razem na stolikach pietrzyly sie dorodne jagody, truskawki, czeresnie. Pomocna pani przesypala nam jagody z pudelka do torebki. Chwycilismy tez wielka pake truskawek i udalismy sie w kierunku uwielbianych przez dzieci arbuzow. Rzucilismy okiem na jablka i poszlismy zaplacic. W tym momencie do sklepu wjechal rozpedzony samochod taranujac stoliki z jagodami, truskawkami i jablkami. Starsza pani, ktora chyba pomylila pedal gazu z hamulcem. Musze przyznac, ze  nie mam pojecia jak ona to zrobila tym bardziej, ze warzywniak jest otoczony parkingami. Jakims sposobem przejechala przez boczne wyjscie i nie tylko zdemolowala czesc sklepu, ale i uderzyla w pania od jagod. Zatrzymala sie i wyskoczyla z auta niczym korek z szampana. Panicznie zaczela zbierac jablka z ziemi. Po chwili chyba sie jednak zorientowala, ze zrobila komus krzywde, bo upadla kolo lezacej kobiety na ziemi i zaczela plakac i przerazliwie sie trzesc. Niektorzy ludzie stali bez ruchu, zdziwieni, inni dzwonili po pogotowie, jeszcze inni skupili sie wokol lezacej na ziemi.

M spojrzal na mnie i spokojnie powiedzial:
- Mamo stalismy tam jakies 3 minuty temu.

No tak…. Moglismy tez tam lezec na ziemi i z trudem lapac powietrze. Moglismy ale to nie my tam lezelismy.  Minuta w te czy wewte ma czasem kolosalne znaczenie. Wypadek…Przypadek…  Rozne scenariusze pisze zycie. Mam nadzieje, ze pani od jagod ma sie dobrze.   

Dzis do pracy jechalam  jak zwykle w systemie zmianowym autobus, pociag, autobus i sluchalam Safari Piotrka Ziola. Wystylizowany na wspolczesnego Jamesa  Deana  uwodzi  glosem jak aksamit i jest jak oklad na skolatane serce.  Autorem tekstu jest Kamil Durski z Lilly Hates Roses i wyszlo mu to zjawiskowo.  Lubie bardzo nasze krajowe artystycznie uzdolnione dzieciaki.

Spotkajmy się na schodach w holu tuż przy drzwiach
Jak dachowce wiosna gdy oknami wpada maj
Stertą klątw odczaruj bym nie pamiętał nic
W kieszeni trzymaj jeszcze kilka chwil

Choć w ustach mam safari to dłonie wciąż mi drżą
I mimo huraganu czekam na cieplejszy front
Stertą klątw odczaruj bym nie pamiętał nic
A ja jak szpieg się schowam by przy tobie być

Ratuj mnie z pożarów i wyławiaj z rzek
Zostań tu, mów o wszystkim o czym chcesz
Nim dosięgnie nas stado dzikich lwów
Nim dopadnie cię jeden gorszych snów

Połóżmy się na dachu rozmawiajmy cała noc
O kometach i serialach, że uciekniemy stąd
Stertą klątw odczaruj bym nie pamiętał nic
Do ostatniego z tchnień chcę przy tobie być

Ratuj mnie z pożarów i wyławiaj z rzek
Zostań tu, mów o wszystkim o czym chcesz
Nim dosięgnie nas stado dzikich lwów
Nim dopadnie cię jeden gorszych snów


Połóżmy się na dachu rozmawiajmy cała noc na na na na absolutne tak….  Milego dnia.




niedziela, 26 czerwca 2016

Być spektakularnie piękną...

Kiedy bylam mala dziewczynka modlilam sie o urode.  Dzisiaj jestem już pewna wolę być ładna niż mądra Na co komu ta mądrość? Tylko się człowiek stresuje. Głupotę ci każdy wybaczy. Brzydoty nie daruje. Tak podspiewuje sobie Julia Marcell na nowej plycie PROXY w Tarantino.




Wiem wiem feministyczne to nie jest. Abstrahujac jednak od filozofii wypracowanej przez ruch feministyczny pieknym kobietom jest chyba w zyciu lzej. Zwlaszcza jesli potrafia to wykorzystac. Zjawiskowo pieknie  a przy tym charyzmatyczne - w pewnym  sensie fizycznie chodzace idealy.

Minela mnie ostatnio jedna taka w  powiewnej szarej szacie, przewiazanej delikatnie zamszowym sznurkiem w zgrabnej talii. Spodnie czarne rurki, lekko dopinajace sie na zgrabnych, szczuplych udach. Na nogach botki, spiete zamkiem z tylu zasuwajace wizualna doskonalosc. Pukle lokow okalaly perfekcyjnie wymakijazowana twarz. Szarosci stonowane, dopracowane, Wycieniowane niczym w najnowszej palecie cieni od jakiegos haute couture. Kobieta spektakularnie piekna stapala delikatnie. Pozytywnie rozsiewala usmiechy poranne i witala sie z kazdym serdecznie. Udala sie po kawe, srednio palona z odrobina mleka. Zero cukru. Podrzucila zart od ktorego radosnie zatrzesly sie inne mniej spektakularnie wygladajace kobiety i poszla dalej. Nutka delikatnych perfum unosila sie jeszcze przez chwile. Wygladajaca doskonale o swicie kobieta piekna spektakularnie. Oszalamiajaco zjawiskowa i  jak zjawa, nieprawdziwa. Westchnelam przeciagle. W zamysleniu jakims trwalam. Przewrocilam dzbanek na mleko, ktore to natychmiast zaczelo sie saczyc sie po blacie. Krople skapywaly na podloge. Kobieta za lada spojrzala z wyrzutem;

- Ja posprzatam – odkrzyknelam ochoczo.

Juz nawet zaczelam rozrywac recznik papierowy, kiedy to kobieta za lada rzucila ukamieniajacym spojrzeniem.

- Niech zostawi – fuknela

To poszlam ….

Kobiete spektakularnie piekna dzis znowu spotkalam. Ponuro i buro bylo za oknem, deszczowo. Chmury zawisly miesiste obejmujac gory w chlodnym uscisku. Biomed niekorzystny, temperatura niskawa, wlgotnosc wysoka. Zjawiskowa kobieta nie swiecila blaskiem dnia poprzedniego. Miala podkrazone oczy i kreske poprzecznie przecinajaca czolo. Figura nieskazitelna. Sukienka doprasowana. Kolorowa w kwiaty z czarnym cienkim zamszowym paskiem. Botki wysokie, obcasy po same niebo. Bezwstydnie obnazaly wytrenowane perfekcyjnie lydki. Kobieta spektakularnie piekna kupila kawe. Bez cukru. Lekko zabielona. W pospiechu przewrocila dzbanek z mlekiem i zaczela scierac spadajace krople z szybkoscia lwicy chroniacej swoje male. Kobieta za lada spojrzala wyrozumiale.

- Zly dzien? Zdarza sie. – usmiechnela sie i dokonczyla robote.

Kobieta rozeslala usmiechy i tanecznym krokiem opuscila kafeterie. To sie nazywa MOC.

piątek, 17 czerwca 2016

Przystanek Commercial

"W komunizmie czas, podobnie jak pieniądze, miał wartość nieco umowną. Jedno i drugie się po prostu przepuszczało" A. Mistrz Stasiuk

W niewielkiej, miejscami przewrotnie zabawnej ksiazce Jak zostalem pisarzem (proba autobiografii intelektualnej) Andrzej Stasiuk przenosi nas w swiat swojej mlodosci. Huligan, abnegat a tym samym sprawnie operujacy slowem intelektualista snuje opowiesci tak, ze chcialoby sie zaprosic autora zdarzen na jakies pogaduchy, zapalic szluga i stuknac szklanka z tanim winem.  Stasiuk bohater czyta, pije, czyta, pali, czyta, walesa sie, czyta, bo jak wiadomo glownie czytanie ma zawsze sens.

"Mialem kawalek gazety zamiast papieru toaletowego. Czytalem w kolko ten skrawek. Znalem go na pamiec. To bylo cos o rolnictwie, a zdrugiej strony byl sport. Nigdy nie interesowalem sie ani jednym ani drugim, ale czytalem i czytalem. Zrezygnowalem ze srania, zeby miec cos do czytania."

Zatapilam sie na chwil kilka w te garsc niedbalych mysli.  Czemu tak krotko Panie Stasiuk?  Jeszcze bym sie posmiala...

Z jakiegos powodu klimat ksiazki ma tutejsza Commercial. Kolejna ulica do ktorej zdecydowanie mam slabosc. Czy do ulicy mozna miec slabosc? Chyba mozna.

Commercial Drive albo The Drive jest to niezwykle urokliwa ulica (z odnogami) we wschodnim Vancouver. Nazwywana jest Little Italy i jak sie mozna domyslic ma to zwiazek z wplywami wloskich imigrantow. W niedziele z wielka pompa obchodzony byl nawet dzien wloski. Festyn jak to festyn…Grill poganial grilla, a my z nogi na noge poruszalismy sie w rytmie Felicita…Tlumy, kolejki koszmarne…fanka nie jestem. Wlochow za to lubie tych co na Commercial przesiaduja. Maja swoje ulubione miejsca i wygladaja tak jakby dobytku pilnowali. Espresso sacza, albo jakies inne bardziej wyskokowe trunki. Dyskutuja o czyms zawziecie w tym sobie swoim spiewnym jezyku. Jak ...chlopaki z ferajny Martina Scorsese. Serio. 

Sama Commercial to klasyk przeciez. Liczne bary, kawiarnie, sklepy, lumpeksy, ktore sa sklepami vintage, fryzjerzy, golibrody, warzywniaki. Po Commercial walesaja sie wszyscy. Wariaci, bezdomni, hippisi, zule, studenciaki, nijacy co zmierzaja do pracy*, rodziny z dziecmi, turysci... jednym slowem kazdy na Commercial wpada. 

CZAS jakby sie tutaj zatrzymal. Utknal pomiedzy drzewami, zawisl na galezi i rozmysla. Wolniej jakkos, nie ma sie gdzie spieszyc. W sumie nie ma po co. Skoro nawet  sam CZAS na galezi sie husta. W niedziele odbywaja sie pchle targi na ktorych mozna nabyc smieci i  nikomu niepotrzebne pierdoly. Artysci po Commercial sie kreca. Czasem cos wystawia, bizuterie, jakies obrazki. Ladne a czasem nie. Bez znaczenia. Wazne, ze sa. Murale tez sa. Ladne, kolorowe i wyblakle calkiem, oblupane, nadszarpniete zebem czasu. 

Sa tez i sportowcy - polo rowerzysci. Zwinni, szybcy poruszaja sie zgrabnie na malym boisku i z wysokosci roweru staraja sie trafic w bramki. Wsrod fanek zauwazylismy pania co "zapuszcza ogrody dla swej wygody**"  i kusi gaszczem pod pacha. A co nie wolno? Wolnosc mamy, jak chce niech zapuszcza, niech kusi tych co chca byc kuszeni. Na Commercial tym bardziej.

* Okreslenie zaczerpniete z Heya- bardzo mi jakos do gustu przypadlo)
** cytat z Marii P - kazdy pewnie wie













niedziela, 1 maja 2016

O tym jak zostalam biegaczka

Probowanie nowych rzeczy jest niezwykle istotnym procesem pobudzajacym kreatywnosc i zmienia/poszerza perspektywe postrzegania swiata. Rutyna dnia codziennego wprowadza niepotrzebne frustracje i znuzenie, ktore trzeba jak najczesciej przelamywac. Najgorsza jest nuda, ktora chyba w moim przypadku ma charakter zdecydowanie najbardziej dolujacy. Kluczem jest wiec sieganie po cos nowego...czasem wystarczy zmienic trase spacerowa, albo wrocic pieszo zamiast autobusem, albo pomalowac obraz, albo ogladnac film, upiec nowe ciasto, albo isc wczesniej spac...po prostu cos co wybije nas z rutyny dnia codziennego. Czasem nic nie pomaga, ale biorac pod uwage, ze ponoc czas szybciej leci, gdy popadamy w rutyne - kalkowym dniom mowimy NIE.

Moim zupelnie nowym doswiadczeniem bylo wziecie udzialu w ogromnym przedsiewzieciu towarzysko - socjalno - sportowym - Vancouver Sun Run czyli biegu na 10 km. Zaczelo sie zupelnie niewinnie, od lunchowych spacerow w towarzystwie kilku kolezanek z pracy. Taki szybki marsz przez okolo pol godziny pobudza komorki do myslenia i jest interesujaca przerwa w pracy. I tak podczas jednego z regularnych spacerniakow nasza grupa postanowila wziac udzial w biegu, z zalozeniem, ze dystans pokonamy nie biegnac, a maszerujac. Ostatecznie z firmy zapisalo sie okolo 40 osob. Jak na firme, ktora zatrudnia ponad 2000 osob to tak sobie, ale trzeba nadmienic , ze wiele z tych osob biegi traktuja mega powaznie i wyniki osiagneli naprawde wysmienite. Zapisujac sie do biegu trzeba bylo wybrac odpowiednia grupa, co rownoznaczne bylo z godzina startu. Ustawiajac sie w tyle nie podjelam najmadrzejszej decyzji, ale skad moglam wiedziec? Po pierwsze czas oczekiwania na start byl masakrycznie dlugi - osoba, ktora zwyciezyla zdazyla dobiec do mety, zjesc przekaske, odebrac medal i udac sie do domu, a my ciagle czekalismy na start. Po drugie rozbiegany tlum deptal sobie po nogach, a jak juz sie nieco rozbieglismy nadbiegli ambitni rodzice z wozkami probujac rozjechac opozniajacych sie biegaczy i chodziarzy. Wozkarze maja wprawe w wymijaniu, jakkolwiek w tych warunkach sytuacja wygladala chwilami komicznie.

Jak podano na stronie internetowej w biegu Sun Run wzielo udzial 41136 uczestnikow, w tym 22156 kobiet i 18960 mezczyzn. Najlepszy czas w tegorocznym biegu to 28:52 a najgorszy cos okolo 3 godzin. W biegu wzieli udzial: mlodzi, starzy, dzieci, biegacze - amatorzy i profesjonalisci. Na drugim czy trzecim kilometrze przygotowano stoliki z przekaskami dla tych, ktorzy tracili oddech. Przy ustawionych na trasie toi toiach uczestnicy wpadali na szybkie siku. Co jakis kilometr prezentowaly sie rozne zespoly muzyczne i stacje radiowe zagrzewajac radosna muzyka  do walki. Co niektorzy chodziarze/biegacze przystawali, robili sobie zdjecia. Na trasie rowniez ustawieni byli klakierzy, co bili brawo i przybijali piatki. Pogoda dopisala, popularnoscia cieszyly sie wiec mgielki wodne i woda w kubeczkach rozdawana przez ogromne ilosci wolnotariuszy. Impreza zorganizowana byla genialnie, a atmosfera byla fantastyczna. 40 tys ludzi i wszystko odbywalo sie bez zaklocen. Ze mnie bardziej chodziarz niz biegacz, ale motywowaly mnie szybko sunace szare glowy. Bieglam wiec w rytmie, zatrzymujac sie tylko na chwile robiac fotki, z ktorch kilka zalaczam ponizej. Na mecie czekaly na nas, super biegaczy, telewizja, zdjecia, wywiady. Mam nadzieje, ze nikomu sie nie udalo mojej spoconej, czerwonej geby uchwycic. Na stronie zaczelo sie juz odliczanie do kolejnego biegu Sun Run. Moze sie w przyszlym roku spotkamy?










wtorek, 5 kwietnia 2016

Tam gdzie wiatr hula czyli Iona Beach Regional Park

Iona Beach odkrylismy chwile temu. Wietrznie bylo wtedy i troche padalo, ale slonce tez chwilami swiecilo – takie w marcu jak w garncu. Teraz spacer na Iona bylby jeszcze bardziej przyjemny. bo wiosna u nas pozytywnie wariuje. W tym tygodniu maja pasc rekordowe temperatury plusowe i mnie to cieszy bardzo, bo lubie jak slonce sie panoszy na calego a niebo szpanuje - cale w blekicie. Ponoc to wlasnie w tej okolicy mozna obserwowac najbardziej spektakularne zachody slonca. Gory tez widac, choc czasem totalnie ukrywaja sie szarawej mgle badz w pierzynie chmurnej.

Na Iona Beach mozna przejsc sie dosc dluga trasa w glab morza i zrobic inna nieprzewidywalnie fascynujaca, niezbyt oznaczona trase wzdluz brzegu. Takie niby molo, ciagnie sie 4km w glab wody. Na koncu szlaku znajduje sie metalowa drabinka po ktorej mozna sie wspiac, zlapac wiatr we wlosy i sprobowac siegnac wzrokiem gdzie wzrok nie siega. Gdzies tam po horyzont, bo tam juz tylko woda i woda. 

Miejsce usytuowane jest blisko lotniska i na wyciagniecie reki paraduja na tle nieba sylwetki ciezkich maszyn. Ne przeszkadza to zupelnie ptakom, ktore spokojnie zlatuja sie w ogromnych stadach. Iona Beach jest mekka dla tysiecy ptakow migrujacych. Fascynujace sa w swej konsekwentnie realizowanej organizacji, wdzieku i niezwyklej gracji. Poruszaja sie niczym zamyslone baletnice zauroczone gra swiatla, wody i piasku. Pieknie… Zdecydowanie na liscie z serii ulubione. I na dodatek tylko 15-20 minut od domu. Do pracy mam dalej. Zaczelam w nowym departamencie na Surrey, gdzie dzisiaj odnotowano kolejna, juz 30 w tym roku strzelanine. Nerwowy swiat sie zrobil. Ktos kogos wnerwi - nie dyskutuje po prostu strzela. Nie znam sie - wiem tyle co z gazet. Do pracy jednak do Surrey jezdze. Atmosfera mila, praca niefrustrujaca. Dostalam nawet grzejnik cobym mogla sobie stopki podcieplac w razie gdyby organizm wpadl w lekkie wychlodzenie. Skorzystalam a jakze. Grzejniczek wlaczylam, stopy przytknelam - rewelacja. 

Dojazd do pracy mam dosc wymagajacy; autobus, pociag, autobus - niby ciagle lokalnie, ale jednak kawalek. Mam czas na lektury. Bonde kolejna pochlaniam. Zaczytuje sie losach pogmatwanych i zwykle nieszczesliwych. Wpadlam dzisiaj w Mayera i w prokurator Rudy, skoncentrowalam sie na tych relacjach zawiklanych i do domu zmierzalam we wspomnianym rytmie autobus, pociag, autobus. Spojrzalam na buty, a raczej bose stopy kobiety w pociagu i przypomnialo mi sie nagle, ze grzejniczek w pracy zostawilam w pozycji ON. I w tym momencie widzialam juz firme w ogniu. NIE bylo wyjscia trzeba bylo wracac. Na szczescie ksiazka sie rozkrecala niczym kola rozpedzonnego w szale pociagu. Grzejniczek wylaczylam i udalam sie ponownie moja ulubiona trasa w kierunku domu. Na jutro ustawilam przypominajke w telefonie, duzymi literami wpisalam - moze sie uda. Dobranoc.













czwartek, 31 marca 2016

W bankowym matrixie

Najgroźniejszym wrogiem człowieka jest jego układ nerwowy George Orwell Rok 1984

Coraz watlejsze nitki lacza mnie z krajem. Waskie grono znajomych, zmniejszone do minimum kontakty rodzinne, ogolnie rzecz biorac wyrazna tendencja spadkowa. Jednakowoz sa tacy, ktorzy pozostaja w kontakcie, moze nie intensywnym, ale powiedzmy stalym. Lacza nas wiezy, w jakis sposob nadal nierozerwalne. Taki Urzad Skarbowy albo Bank na przyklad - nigdy o mnie nie zapominaja. Jak mniemam... tesknia... 


Dzis o Banku. W moim polskim banku wszystkie transakcje zatwierdza sms. Nikt nikomu nie ufa i nie dowierza. Przelew, zaplata czy jakas tam inna sprawa - trzeba potwierdzic. Wyglada mi to na substytut otwartej komunikacji. Dla odmiany w innych bankach tak nie mam wiec nie jestem specjalnie nawykla. Jak wcisne, ze wysylam to wysylam. I juz. Szybko, krotko, na temat. Przelew czeku przykladowo trwa 5 sekund. Robie zdjecie z prawa z lewa i juz...Kwota z czeku wrzuca sie na konto za potwierdzeniem jednego przycisku. 


Kiedy zakladalam polskie konto dostalam usb, ktory pelnilo funkcje klucza. Wieszalo sie badziewie, nie mozna bylo sie zalogowac, wylaczalo, rozlaczalo. Z radoscia przyjelam opcje wymiany klucza na haslo i smsy potwierdzajace. Jaka byla moja radosc gdy sms doszedl z banku z Poland na telefon kanadyjski w miejscu gdzie swiat zza sniegu ledwo wystawal. Dzialalo jak w zegarku. Idealnie. Przez chwile. No moze nie liczac blokady konta, blokady dzialan na koncie i restrykcji upowazniajacych do zlecen na koncie. Tak nie liczac tych pierdol wszystko inne dzialalo.

W miedzyczasie zdarzen, przewrotow itd....ja wiem ze miedzyczas nie istnieje, ale dostrzegam w tej absurdalnej sytuacji specyficzna konstrukcje czasu. Otoz w wirze przeprowadzki zmienilam numer telefonu, poniewaz, choc moze to byc zaskakujace, przeprowadzajac sie z jednej prowincji kanadyjskiej do drugiej zycie wywraca sie do gory nogami. Zaczynac trzeba znowu od poczatku, zmieniajac adres, uaktualniamy konto, robimy nowe prawo jazdy, zapisujemy dzieci do innej szkoly, zmieniamy ubezpieczenie z niekorzystna stawka przelicznikowa itd itd. Numeru telefonu na koncie w polskim banku nie zmienilam. I to byl blad. Magiczny sms powinien doplynac do numeru starego, otrzymany kod powinnam wpisac i tym samym dokonac zmiany. Zmiany nie dokonalam i tu sie sprawa rypla. Wydawalo mi sie, ze nie ma nic prostszego niz uaktualnienie danych osobowych w zakladce dane osobowe. Teraz juz wiem, ze co jak co, ale proste to nie jest. 

Od kilku miesiecy probuje sie skomunikowac z bankiem. Zaczelam na luzie, mailowo, wiadomosci slalam z konta. NIC. Pani Agnieszka - senior konsultant uprzejmie poinformowala mnie o regulach i zasadach panujacych w banku po czym uprzejmie zaprosila do jednego z oddzialow, w ktorych to usmiechniety konsultant udzieli mi pomocy. Rownie uprzejmie odpowiedzialam, ze do kraju sie moze i wybiore, ale nie wiem kiedy i byloby milo gdyby pomogla mi zdalnie, z daleka. Niestety pomoc nadal nie nadeszla a korespondencja kwitnie. W te i wewte. 


Pewnego dnia zapragnelam zafundowac lody dziewczynom z SOMOS DOS i zmobilizowalo mnie to , zeby nawiazac z bankiem kontakt telefoniczny. Odebral “usmiechniety consultant” - usmiech towarzyszyl tylko przez chwil kilka, gdyz jak sie okazalo poirytowala konsultanta slaba jakosc polaczenia. 


- Przerywa, przerywa ....niech pani zadzwoni do nas ponownie z miejsca gdzie nie bedzie zanikac polaczenie. Nic nie slysze, halo, halo… Tu trzeba dodac, ze z mojej strony polaczenie bylo doskonalej jakosci. Niemal slyszalam jak “usmiechniety konsultant” zgrzyta zebami. Kolejne polaczenia wrzucily mnie totalnie w swiat Stuhrowego skeczu. Wcisnij jeden, dwa , trzy ...wcisnij i wycisnij...skocz do sklepu. Kup litra, opijemy sprawe. Z Maciejem sie solidaryzuje. Stare to, ale jakie jare. Kolejny konsultant zaprosil mnie rowniez do oddzialu...brak mu tez bylo koncepcji na pomyslne zalatwienie mojej prosby. Wyglada na to, ze nasza przyjazn nie zaniknie predko a ja mam przed soba jasny cel wyjazdowy - uaktualnienie numeru telefonu w polskim banku.