środa, 19 lutego 2014

Byc jak Kowalczyk czyli szusowanie bez trzymanki

Tuz na przeciwko Bible Camp ( czy ja juz wspominalam, ze w Manitobie ta forma rozrywki jest bardzo popularna?) mieszkaja ludzie, ktorzy prowadza (chyba tak to mozna okreslic) cos na ksztalt malej firmy zajmujmujacej sie propagowaniem i zachecaniem ludzi do uprawiania biegow na nartach. Wiadomo, ze tam gdzie cos sie dzieje tam i my podazamy.
Na terenie przydomowym stoi mala, drewniana chatka wyposazona w roznego rodzaju narty i buty. Kijki posegregowane w zaleznoscia od dlugosci wisza na zewnatrz na specjalnym stojaku. Wewnatrz chatki umieszczono liczne instrukcje pomagajace laikom dobrac odpowiednie narty i buty. Pomagaja tez w tym naklejone tagi, bez ktorych polaczenie tych dwoch elementow byloby nieco skomplikowane. Porozwieszane sa tez kartki pomocne w okresleniu rozmiaru obuwia oraz kartka z cenami. Drogo nie jest a wrecz tanio. Za 12 dolcow rodzina moze smigac na nartach caly dzien.
 
Ale ....takich mocnych i nie ma. Caly dzien na nartach? Do takiego biegania trzeba miec zapal i kondycje. Krotszymi i dluzszymi dystansami zainteresowanych jest jednak sporo lokalnych mieszkancow i interes sie kreci. I to w rzeczy samej sam sie jakos kreci. Biznesu pilnuje wielki czarny kot, ktory przyjmuje gosci z radosnym pomrukiem. Wygina grzbiet po kociemu i pozwala laskawie na przytulanki. Nikt nikogo tutaj nie kontroluje, kazdy sie wywiazuje, bierze co potrzebuje, placi a po biegu wraca i oddaje  sprzet w nalezytym porzadku. Oplate wrzuca sie do skrzynki stojacej na parapecie i siup mozna podazyc wybranym szlakiem.  Tu nalezy zauwazyc, ze teren przystowany jest dla kompletnych zoltodziobow jak i tych co niemal fruwaja, ledwo muskajac powierzchni. My - narty biegowki  mielismy na nogach po raz pierwszy. Podekscytowani wsunelismy buty w narty... klick, klick i ruszylismy. Poruszanie sie na waskich dlugich nartach jest niczym ciagniecie uwiazanych do nog belek. Poki teren prosty jakos idzie, ale przy byle przeszkodach narty sie krzyzuja, czlowiek pada i stara sie wstac. A wstac nie jest wcale latwo, bo nogi sa zblokowane i przymocowane do prostych, dlugich przeszkod, ktore za cholere nie pozwalaja przybrac naturalnej pozycji tzw – z kleku.
 
Pierwsze wzniesienie okazalo sie juz zabojcze. Nogi skrzyzne, nogi bokiem i ciagniemy sie w gore. My sie ciagniemy a narty w swoja strone, czyli w dol. Po pietnastu minutach smiania sie bez ustanku postanowilismy sie wziasc w garsc. Pod gorke udalo sie wlezc...Trasy nam sie pomerdaly i z tej najprostszej znalezlismy sie na dosc skomplikowanej. Jednoznacznie z terenem zaliczalismy wzloty i upadki. Gorki, spadki, waskie drozki, sniezne zaspy – szus za szusem i do przodu. W lesie bylo pieknie, cicho, bialo - az niewiarygodnie. Slonce cudowne, temperatura idealna i w koncu to szus, szus calkiem przyjemne sie zrobilo.Upadkow bylo co niemiara, ale kto by je tam liczyl. Najlepsze sa takie kiedy kijki gubia sie, wetkniete gdzies w zaspe a narty skrecaja w strone, ktora nie jest wkalkulowana w trase. No ale wtedy to zaczyna sie zabawa...bo jak wiadomo trzeba wstac, znalezc kijki, ustawic sie prosto i zaczac szus, szus...od nowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz