wtorek, 21 stycznia 2014

Z podróżami jak z tatuażami ...

Lubie przegladac blogi podroznicze, zwlaszcza te z pieknymi zdjeciami. Wprowadzaja mnie w stan blogiego fantazjowania o miejscach odleglych i egzotycznych, bliskich a niepoznanych, a zwlaszcza tych do ktorych koniecznie, ale to koniecznie trzeba nam dotrzec. Podroznicy opisuja cudowne wyprawy w najskrytsze zakatki swiata, tryskaja swietnymi pomyslami a ich nieslabnacy entuzjazm i determinacja napedzaja marzenia tabunami.
 
Z podrozami jest jak z tatuazami. Jak sie juz zacznie to nie mozna skonczyc, uzalezniaja. Poznawanie nowych miejsc jest tez troche jak odwijanie swiatecznego prezentu. Kazde miejsce niesie za soba tajemnice, czasem atrakcyjna, czasem zaskakujaca a czasem tylko znosna. Podroze ksztalca, ucza, bawia, ale tez pozwalaja na swoisty dystans do rzeczywistosci. Tanie oferty lotnicze sprawiaja, ze podrozowac dzisiaj mozna latwiej i szybciej. Rano w Paryzu, popoludniu w Lizbonie...ehh tak sie zyje z rozmachem. Niestety o takie oferty latwiej w Europie. Kanadyjskie linie lotnicze sa drogie i ciezko upolowac jakis ekstra deal. Pewne stad tez sie bierze narodowa histeria posiadania porzadnego trailera - przyczepa na kolkach mozna dojechac wszedzie a on sam potrafi byc przeciez ekskluzywna namiastka prawdziwego domu. Byc moze sa jakies metody na wyszukiwanie tanszych ofert lotniczych , ale jeszcze sie ich nie poznalam. Tubylcy wykorzystuja bliskosc granicy amerykanskiej i stamtad  wielu rozpoczyna swoje turystyczne wyprawy.
 
Moja pierwsza wielka podroz...do Londynu, wiem - teraz brzmi to zabawnie, miala miejsce jakis czas temu. Polska nie nalezala wtedy jeszcze do Unii Europejskiej a instytucja tanich linii lotniczych ledwie raczkowala. Do Londynu pokolebalysmy sie ciasnym autobusem z zatkana toaleta, majac nadzieje, ze kolorowy swiat kapitalizmu rzuci nas na kolana i wynagrodzi godziny spedzone w autobusowej puszce, wsrod innych zduszonych sardynek. Podczas 24 godzinnej podrozy, przerywanej relaksujacymi postojami na stacjach benzynowych mialysmy szanse zobaczyc rozlegle autostrady i ...No, tyle...wlasciwie mialysmy szanse zobaczyc.

 Do granicy dotarlysmy pelne obaw. Tam oczekiwali nas angielscy urzednicy emigracyjni, ktorzy w swych malych budkach przygotowani byli na cale rzesze turystow „zza swiatow”. Owczesni turysci nie mogli ot tak prostu do kraju krolowej Elzbiety  wjechac.Wszyscy przybywajacy musieli udowodnic, ze ich pobyt byl w zamiarze   legalny, a w ich glowach nie roily sie pomysly, ktore mozna byloby uznac za niezgodne z prawem. W rekach dzierzyli listy zapraszajace, zaswiadczenia potwierdzajace wykupione kursy jezykowe, rezerwacje hotelowe i wyciagi bankowe. Wsrod ludzi oczekujacych na przesluchania znajdowali sie takze ci , ktorzy prosili o azyl – a co za tym idzie wsparcie socjalne, zasilki, mieszkania. Z tymi ludzmi, ktorzy bardziej znani nam byli jako Cyganie udalo nam sie miec do czynienia jeszcze pare razy podczas naszych londynskich wedrowek.

W naszym przypadku jedyna nitka laczaca nasz swiat ze swiatem londynskim byl nieznany numer telefonu, ktory kurczowo trzymalysmy w dloniach. Dostalysmy go od kolezanki z zapewnieniem, ze tam wlasnie, gdzies bedzie czekal na telefon ktos, kto w razie co potwierdzi nasze turystyczne zamiary. Urzednik imigracyjny,  ktory skojarzyl mi sie ze straznikiem zadal nam tysiace pytan i ostatecznie wbil w nasze paszporty pieczatki zakazujace podjecie pracy  i wydal zgode na nasz pobyt w UK. Tak do konca nie wiem jak nam sie udalo sprzedac mu historie o spragnionych londynskich wrazen studentkach. Wypadlysmy chyba jednak dosc przekonujaco, bo urzednik ow, nie dosc, ze nie sprawdzil naszych zasobow pienieznych, nie pytal o listy, potwierdzenia , nie zadzwonil tez pod tajemniczy numer, ktory jak sie pozniej okazalo byl numerem do tradycyjnej, czerwonej brytyjskiej budki telefonicznej.
 
Na budki z ciekawskimi straznikami natrafilam ponownie kilkanascie lat pozniej na granicy kanadyjskiej. Tym razem rodzinnie, nieco bardziej wyluzowani zartowalismy na temat przemycania polskiej kilebasy, serow na polskie serniki i ilosci polskich turystow przekraczajacych granice w Vancouver. Najciekawsze sa ponoc spotkania na granicy z USA. Przeciez nawet mimo oplaconej, zatwierdzonej wczesniej wizy urzednik imigracyjny ma prawo czlowieka zawrocic do miejsca skad przyszedl. Mam nadzieje wkrotce sie z jakims zmierzyc.

Odleglosci sie zmniejszyly, swiat sie rozmywa, granice zacieraja, a straznicy w swych budkach ciagle jeszcze gdzies stoja i przeswietlaja napierajace na granice tlumy. Nie ma co sie zniechecac, ani przejmowac. Swiat za budkami jest interesujacy i koniecznie trzeba go poznac i zobaczyc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz