wtorek, 29 października 2013

Poczytaj mi mamo czyli co slychac w Bullerbyn


 
Ostatnimi czasy na dobranoc czytam mojej corce  „Dzieci z Bullerbyn” - ksiazke, o ktorej napisano tony, glownie bardzo dobrych slow. Bez watpienia to wspaniala opowiesc o przygodach kilkorga dzieciakow z malenkiej szwedzkiej wioski, ktore tryskaja energia i pomyslami. W kazdych okolicznosciach potrafia sie swietnie bawic. Ich zycie to nieustajace zrodlo poznawania, a ciekawi ich doslownie wszystko. Fajnie jest przeciez w szkole i w domu, na polu, w lesie i na drzewie. Super jest byc grzeczna dziewczynka, psotnym chlopcem a czasem zupelnie odwrotnie, bo przeciez grzeczne dziewczynki tez czasem lubia rozrabiac. W swiecie dzieci z Bullerbyn nie ma znaczenia czy swieci slonce, pada deszcz czy tez snieg zawsze jest cos niesamowitego do zrobienia. Wystarczy przeciez tylko uruchomic wyobraznie ....

Ksiazka zostala napisana przez Astrid Lindgren w 1947 roku czyli 66 lat temu. W tamtejszej rzeczywistosci ani dzieci, ani dorosli nie korzystali z telefonow, nie ogladali telewizji, nie posiadali tez komputerow ani samochodow. Swiat budowano na innych wartosciach, gdzie figle i psoty pomagaly umacniac wiezi miedzy dziecmi i doroslymi. Rzeczywistosc ta jednak wnosi tez elementy nieznane i dzieciom wspolczesnym niezrozumiale.
 
W domu Lisy pracuje sluzaca, a w gospodarstwach pomaga dwoch parobkow. Sluzaca kojarzy sie mojej corce jednoznacznie z rodzina krolewska. Sluzaca to taka pani, co sprzata, gotuje i pomaga krolowej sie ubierac. Robi tez zakupy, ale glownie skupia sie na wykonywaniu polecen. Ksiazkowa sluzaca odbiega wiec troche od wyobrazen mojej corki, ale w koncu po to sie czyta ksiazki zeby poszerzac horyzonty. Parobek jest pojeciem nieco bardziej mglistym, nazywamy go wiec pomocnikiem. Slowo parobek ma w sobie ladunek gleboko pejoratywny i kojarzy sie z kims kogo sie wykorzystuje. Pomocnik zas brzmi duzo bardziej lagodnie i pozytywnie.

Pewnego wieczoru dotarlysmy do opowiesci, w ktorej to Britta jako najlepsza uczennica w klasie zostala poproszona przez pania, zeby pilnowala w klasie porzadku. Oczywiscie chlopcy, jak to chlopcy troche rozrabiali, mowiac jezykiem terazniejszym, stresujac tym Britte niezmiernie.

„Lasse podniosl reke i spytal pania, czy nie moglby jej pokazac, co narysowal. Potem podszedl do Britty ze swoim zeszytem do rysunkow. Cala kartka zamazana byla czarna farba.
- Co to ma byc? – zapytala Britta.
- Pieciu Murzynow w ciemnej sieni – zazartowal Lasse”

Tu lekko zwiesilam glos, przechodzac szybko do kolejnego akapitu. W szwedzkiej wiosce 66 lat temu okreslenie Murzyn zapewne nie mialo zadnego znaczenia, a on sam dzieciom kojarzyl sie pewnie z egzotyczna postacia z dalekiego kraju. Dzisiaj slowa Murzyn sie nie uzywa.   Zawiesilam wiec glos i przeszlam szybko dalej, bo nie chcialam tlumaczyc dziecku zartu, ktory nie tylko wydaje mi sie malo zabawny, ale i malo stosowny w wychowaniu dziecka stanowiacego jeden z elementow wielokulturowej mieszanki. Moje dzieci uczeszczaly do roznych szkol i mialy przyjaciol z roznych krajow. Dla nich nie ma znaczenie czy ktos sie inaczej ubiera, czy ma inny kolor skory. Jackson, czy Jessica, Ania czy Franco sa osobami, z ktorymi mozna pogadac o grach, wykopac glizde w ogrodku czy pobawic sie w ganianego. Dzieci wsiakaja w srodowiska wielokulturowe naturalnie, nie zmagaja sie ze stereotypami, o ktore ciagle potykaja sie dorosli.

Skad jednak Astrid Lindgren piszac powiesc mogla wiedziec, ze w przyszlosci  slowny zart jednej z postaci literackich moze zostac uznany za politycznie niepoprawny. Sama jestem ciekawa czym nas jeszcze Dzieci z Bullerbyn zaskocza ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz